Menu





















Pamiętam doskonale, od jakich zdjęć zaczęła się moja choroba.
Ciągle mam te odbitki; pierwszokomunijna Smiena 8M, Foto65, kurczaczki na podwórku babci, moje ulubione koty, a przy okazji wycieczki rowerowej za miasto - żaba, która wyskoczyła ze słoika...
Już wtedy odważnie strzelałem pod światło, wcale nie przerażony okrutną flarą.
Do dziś nie mogę zrozumieć, czemu Rodzice uważali te zdjęcia za nieudane...

Pamiętam też zdarzenie, które sprawiło, ze nie było już dla mnie ratunku;) Do Zenita TTL, wyciągniętego od ojca, kupiłem swój pierwszy obiektyw - był to zapiaszczony Sonnar 135/3.5

Odkrycie, że można panować nad tym, co widzi aparat, było czymś niesamowitym.
To było jakieś 13 lat temu... Sonnara mam do dziś...:)

Kolejnym kamieniem na drodze było uświadomienie sobie, że nie jestem sam. Pod koniec 1996 roku, trochę przypadkiem muszę przyznać, wstąpiłem do ZPFP. Po pierwszej obejrzanej prezentacji slajdów, przestałem się przyznawać do większości swoich wcześniejszych kadrów. Wkrótce potem, podczas mojego pierwszego pleneru (tydzień w Białowieży, a co;)) pożegnałem się nagle i ostatecznie z kolorowym negatywem...
Nie wiem jeszcze, kiedy tak napiszę o kolorowym slajdzie. Mam nadzieję, że nieprędko...


           



       



   Menu